nie do ujarzmienia
huczy
pod gorącym niebem
skóry
Jeszcze chwila
a rozsadzi
zaciśnięte źrenice
i wybuchnie
oszalałe morze pożaru
Jeszcze chwila
a rozerwie
niebieskie strumienie
nerwów
i zacznie się
potop ognia
Jeszcze chwila
a wtedy
zanurzasz się
we mnie
jak w płonącej rzece
Kiedy gaszę światło
miękka mysz samotności
łazi po kołdrze
Kiedy zapalam
słonecznik wybałusza
swoje nienormalne oko
Na ulicy
krzyk człowieka
Zawisam na nim
jak na nitce
dzikiego wina
Urywa się
spadam
Księżyc
wyciąga na ratunek
białe zimne ręce
Jeżeli nie przyjdziesz
wyciągnie mnie
za włosy przez okno