Skazana na zielony piec
przez wszystkie tygodnie gorączki
mówiła
Ten piec jest martwy
napalcie w nim
Uśmiechali się
Nie pali się w piecu
latem
Zamykała oczy
lecz piec trwał
pod powiekami
Oczy jej stawały się
zimne i lśniące
jak kafle
Dnia jednego
znaleziono ją
pod zielonym piecem
przerzucającą
z ręki do ręki
rozpalone węgle
Przeobrażała się
w wieżę cierpliwości
w jej cieniu
odpoczywał
w bramę mądrości
przez nią wchodził
do ogrodu światła
Zamieniała się
w miękką owcę
dla jego rąk
w świerszcza
grającego na rzęsach
w jabłko
dla jego warg
Była
upalnym wiatrem
rozdmuchującym płomień
gorącą trawą
w której się zanurzał
gwałtowną rzeką
porywającą niebo i ziemię
Przekształcała się
w drzewo ciszy
rodzące sen
w georginię
rozjaśniającą ciemności
w ptaka
przynoszącego dzień
Stawała się
lustrem
by mógł oglądać
swoją doskonałość
koszykiem
w nim chował
samotność
ziemią
po której szedł
na księżyc
Gdy odchodził
zamieniała się
w siebie
okrytą szczelnie
jego ciężkim
cieniem
nie do ujarzmienia
huczy
pod gorącym niebem
skóry
Jeszcze chwila
a rozsadzi
zaciśnięte źrenice
i wybuchnie
oszalałe morze pożaru
Jeszcze chwila
a rozerwie
niebieskie strumienie
nerwów
i zacznie się
potop ognia
Jeszcze chwila
a wtedy
zanurzasz się
we mnie
jak w płonącej rzece