Skazana na zielony piec
przez wszystkie tygodnie gorączki
mówiła
Ten piec jest martwy
napalcie w nim
Uśmiechali się
Nie pali się w piecu
latem
Zamykała oczy
lecz piec trwał
pod powiekami
Oczy jej stawały się
zimne i lśniące
jak kafle
Dnia jednego
znaleziono ją
pod zielonym piecem
przerzucającą
z ręki do ręki
rozpalone węgle
Wystarczy
drobna iskierka
wzruszenia
aby buchnął płomień
w olbrzymiej retorcie
brzucha
W pokręconych przewodach
toczą się
płyną
huczą
rozcieńczone uczucia
choćby były twarde
jak kryształ
Wzbierają strumienie
potoki
rzeki
rozgorączkowanego śluzu
znajdujące ujście
w morzu łez
w morzu słów
w morzu milczenia
Pali się
ogień bebechów
Jedyny ogień
który bez tlenu płonie
jak chemiczna czysta
materia pożaru
Nie ugasi go
lód
obojętnej myśli
Wielka chemia trzewi
produkuje
najwyższą temperaturę
namiętności
Gruczoły wydzielają soki
nienawiści
strachu
pożądania
Tryska
gejzer histerii
roztopiony bursztyn
żółci
Burzy się
adrenalina
dziewiąta fala
gniewu
Nabrzmiewa
ogromna róża
wątroby
A serce
jak obojętna pompa hydroforu
tłoczy krew
na wszystkie piętra
rozdygotanego budynku
aby utrzymać w nim
mimo wszystko
temperaturą 36*6'C
nie do ujarzmienia
huczy
pod gorącym niebem
skóry
Jeszcze chwila
a rozsadzi
zaciśnięte źrenice
i wybuchnie
oszalałe morze pożaru
Jeszcze chwila
a rozerwie
niebieskie strumienie
nerwów
i zacznie się
potop ognia
Jeszcze chwila
a wtedy
zanurzasz się
we mnie
jak w płonącej rzece