Kiedy wspomnę
pieszczotę twych rąk
nie jestem już dziewczyną
która spokojnie czesze włosy
ustawia gliniane garnki na sosnowej półce

Bezradna czuję
jak płomienie twoich palców
zapalają szyję ramiona

Staję tak czasem
w środku dnia
na białej ulicy
i zakrywam ręka usta

Nie mogę przecież krzyczeć


Wystarczy
drobna iskierka
wzruszenia
aby buchnął płomień
w olbrzymiej retorcie
brzucha

W pokręconych przewodach
toczą się
płyną
huczą
rozcieńczone uczucia
choćby były twarde
jak kryształ

Wzbierają strumienie
potoki
rzeki
rozgorączkowanego śluzu
znajdujące ujście
w morzu łez
w morzu słów
w morzu milczenia

Pali się
ogień bebechów

Jedyny ogień
który bez tlenu płonie
jak chemiczna czysta
materia pożaru

Nie ugasi go
lód
obojętnej myśli

Wielka chemia trzewi
produkuje
najwyższą temperaturę
namiętności

Gruczoły wydzielają soki
nienawiści
strachu
pożądania

Tryska
gejzer histerii
roztopiony bursztyn
żółci

Burzy się
adrenalina
dziewiąta fala
gniewu

Nabrzmiewa
ogromna róża
wątroby

A serce
jak obojętna pompa hydroforu
tłoczy krew
na wszystkie piętra
rozdygotanego budynku
aby utrzymać w nim
mimo wszystko
temperaturą 36*6'C