Tu się wszystko zaczyna
i wszystko kończy

Obnażone ciało
nie służy
pieszczotom

Rozwarte uda
nie oczekują
rozkoszy

Cieniutkie trawy
miłosci
zamieniły się
w sine wodorosty
Szept najcichszy
w krzyk

Zęby rysują
na skórze
czerwone półksiężyce

Samica gryzie
własne łapy

Nie gaśnie
czarne piekło
brzucha

Pod napalmem bólu
rozpada się
wstyd i godność

Białe ściany
białe fartuchy
patrzą obojętnie
jak ludzkie zwierzę
uczy się wyć
Jak rośnie w nim
nienawiść
do nasienia nadziei

Wrośnięte korzeniami
w ciemność
nie chce wyjść
na światło

Jakby wiedziało
że rodzi się po to
żeby umierać


Codziennie szukam siebie
ja obcy sobie człowiek
uległy barwom
dźwiękom
ciszy

Podporządkowany swoim oczom
i rękom
które wzrusza
miękkość ptasiego pióra

Codziennie siebie szukam

Gdy jestem już blisko
staję nagle bezradna
nad żółtym mleczem
napotkanym po drodze

Myślałam
może kiedy przyjdziesz
odszukam siebie

Ale zanurzona
w twoich dłoniach
znalazłam tylko
własną skórę