W nim
zawiązuje się
owoc żywota
Wielka sina śliwka
człowiecza
zaplątana
we fioletowe łodygi
Elastyczny
rozciąga się
rozszerza
napina
półkolistym łukiem
jak sklepienia
romańskich świątyń
Ogromnieje
z dnia
na zdzień
Jedyne prawdziwe
źródło nieskończoności
Worek życia
Przez zarazy
głody
wojny
niesie początek świata
Najsmutniej pogodzić się
z szafą
uśmiechającą się
bezmyślnie
złotymi słojami
Czy można
uciec
przed dniem
Najtrudniej uwierzyć
w pierwszy krzyk
tramwaju
W twoich dłoniach
śpią jeszcze
godziny ciszy
Najciężej przekroczyć
wysoki próg
dziennych spojrzeń
uśmiechów
gestów
Twoje ucho
jest przytulne
jak dziupla wiewiórki
Najgorszy jest
lęk
czy można żyć
dniem
Najpierw rozplatała
nerwy
które zaczęły płynąć
pod jej skórą
luźno i miękko
jak tasiemki
Potem wyłączyła
jego głos
zapach akacji
blask powietrza
ciszę
Patrzysz
prosto w słońce
powiedział
Oślepniesz
Milczała
Zamknął jej powieki
palcami
jak się zamyka
zepsutym lalkom
albo umarłym