Żółte wino
mieszka w nas
Po każdym kieliszku
stajemy się coraz lepsi
Po całej butelce
będziemy jak święci niebiescy
Głaszczesz moją rękę
Muzykanci wzlatują
do nieba
na złotych trąbach
i spadają na ziemię
z hukiem bębnów
Podłoga ugina się
jak obłok
Na ulicy
gwiazdy rzucają w nas
kasztanami
Niesiesz mnie
po schodach
prosto na księżyc
Myślała
Na pewno zdążę uciec
Biegła ulicą Obfitości
w haftowanych sandałach
z pękiem kluczy
ze srebrną wazą
pękatą
jak jej brzuch
Tak ją zastała
gorąca ulewa
ubierając ją
szczelnie
na wiele wieków
w suknie
z kamiennego ognia
Żadna rzeźba
nie oddałaby
tak wiernie
męki
na jej twarzy
przerażenia rąk
zasłaniających brzuch
Siostra jej
z dzieckiem w łonie
w miescie Hiroszima
umarła
z szybkością cywilizacji
XX wieku
Po niej
nawet ślad
w powietrzu
nie pozostał
W mieście Warszawa
przeciwko bezmyślnemu wulkanowi
przeciwko ślepemu atomowi
niosę przed sobą
ciężki brzuch
Oto ręce
które widzą
i słyszą
Kładzie je
na swoim brzuchu
jak na kuli ziemskiej
Nasłuchują
jak stuka
niecierpliwie
małymi piąstkami
jakby chciało powiedzieć
Otwórz
chcę zobaczyć
światło