Przeobrażała się 
w wieżę cierpliwości
w jej cieniu
odpoczywał
w bramę mądrości
przez nią wchodził
do ogrodu światła

Zamieniała się
w miękką owcę
dla jego rąk
w świerszcza
grającego na rzęsach
w jabłko
dla jego warg

Była
upalnym wiatrem
rozdmuchującym płomień
gorącą trawą
w której się zanurzał
gwałtowną rzeką
porywającą niebo i ziemię

Przekształcała się
w drzewo ciszy
rodzące sen
w georginię
rozjaśniającą ciemności
w ptaka
przynoszącego dzień

Stawała się
lustrem
by mógł oglądać
swoją doskonałość
koszykiem
w nim chował
samotność
ziemią
po której szedł
na księżyc

Gdy odchodził
zamieniała się
w siebie
okrytą szczelnie
jego ciężkim
cieniem


Zawieszona
nad głęboką ulicą
uczepiona
żelaznej skały
balkonu
bała się zejść
w dół

Myślała
zatopią mnie fale
zimnych uśmiechów
obojętnych spojrzeń

Wreszcie
bardzo ostrożnie
po drabinie
czułych rzęs

Dno ulicy
było ciepłe

Kobiety niosły
w dużych brzuchach
owoce zmroków

Dziewczęta zakwitały
w dłoniach ukochanych
jak czereśnie

Mali chłopcy galopowali
na gorących koniach
wiatru

Można było
nieść na głowie
słońce
Nikt nie pokazywał
palcami