Zawieszona
nad głęboką ulicą
uczepiona
żelaznej skały
balkonu
bała się zejść
w dół

Myślała
zatopią mnie fale
zimnych uśmiechów
obojętnych spojrzeń

Wreszcie
bardzo ostrożnie
po drabinie
czułych rzęs

Dno ulicy
było ciepłe

Kobiety niosły
w dużych brzuchach
owoce zmroków

Dziewczęta zakwitały
w dłoniach ukochanych
jak czereśnie

Mali chłopcy galopowali
na gorących koniach
wiatru

Można było
nieść na głowie
słońce
Nikt nie pokazywał
palcami


Wystarczy
drobna iskierka
wzruszenia
aby buchnął płomień
w olbrzymiej retorcie
brzucha

W pokręconych przewodach
toczą się
płyną
huczą
rozcieńczone uczucia
choćby były twarde
jak kryształ

Wzbierają strumienie
potoki
rzeki
rozgorączkowanego śluzu
znajdujące ujście
w morzu łez
w morzu słów
w morzu milczenia

Pali się
ogień bebechów

Jedyny ogień
który bez tlenu płonie
jak chemiczna czysta
materia pożaru

Nie ugasi go
lód
obojętnej myśli

Wielka chemia trzewi
produkuje
najwyższą temperaturę
namiętności

Gruczoły wydzielają soki
nienawiści
strachu
pożądania

Tryska
gejzer histerii
roztopiony bursztyn
żółci

Burzy się
adrenalina
dziewiąta fala
gniewu

Nabrzmiewa
ogromna róża
wątroby

A serce
jak obojętna pompa hydroforu
tłoczy krew
na wszystkie piętra
rozdygotanego budynku
aby utrzymać w nim
mimo wszystko
temperaturą 36*6'C