Zapalałeś
oliwne lampki
pomidorów
na naszym stole
prostokątny księżyc
prześcieradła
naszym snom
Zapalałeś
białe lampy gęsi
w ciemnych rowach
mojej wyobraźni
czarne ziarnka liter
w moich wierszach
i każda płonęła
jak jeżyna
Nazywałeś mnie
światłem i ogniem
Która bez ciebie
nie umiem zapalić
w zwyczajnym piecu
Bez ciebie
jestem ślepym nietoperzem
Zawieszona
nad głęboką ulicą
uczepiona
żelaznej skały
balkonu
bała się zejść
w dół
Myślała
zatopią mnie fale
zimnych uśmiechów
obojętnych spojrzeń
Wreszcie
bardzo ostrożnie
po drabinie
czułych rzęs
Dno ulicy
było ciepłe
Kobiety niosły
w dużych brzuchach
owoce zmroków
Dziewczęta zakwitały
w dłoniach ukochanych
jak czereśnie
Mali chłopcy galopowali
na gorących koniach
wiatru
Można było
nieść na głowie
słońce
Nikt nie pokazywał
palcami