Zapalałeś 
oliwne lampki
pomidorów
na naszym stole

prostokątny księżyc
prześcieradła
naszym snom

Zapalałeś
białe lampy gęsi
w ciemnych rowach
mojej wyobraźni

czarne ziarnka liter
w moich wierszach
i każda płonęła
jak jeżyna

Nazywałeś mnie
światłem i ogniem
Która bez ciebie
nie umiem zapalić
w zwyczajnym piecu

Bez ciebie
jestem ślepym nietoperzem


Przychodził nocą

Zabierał jej włosy
śpiące w mroku

Zabierał
bursztynowy półksiężyc
brzucha

Zanurzał się w niej
jak chrząszcz
w płonącej nasturcji

Zamykał ją w dłoniach
ciasno szczelnie

Nie czuł
że się wymyka

Nie słyszał
jak odchodzi

Nie stukały obcasy
zielonych pantofli