Zapalałeś
oliwne lampki
pomidorów
na naszym stole
prostokątny księżyc
prześcieradła
naszym snom
Zapalałeś
białe lampy gęsi
w ciemnych rowach
mojej wyobraźni
czarne ziarnka liter
w moich wierszach
i każda płonęła
jak jeżyna
Nazywałeś mnie
światłem i ogniem
Która bez ciebie
nie umiem zapalić
w zwyczajnym piecu
Bez ciebie
jestem ślepym nietoperzem
Nigdy nie dowiem się
czy widzisz
tak samo jak ja
żółty łubin
Czy tak jak ja
czujesz
jego aksamitny zapach
Nie przekonam się
czy tak samo
słyszysz
szelest skrzydeł sowy
Nie sprawdzę
czy odczuwasz
to samo co ja
głaszcząc
kosmatą owcę
Nigdy nie dowiem się tego
choćbym oglądała twoje palce
pod słońce
albo dotykała ich
wargami
Bezdomni z niespełnioną pieszczotą
wśród obojętnych stolików i ludzi
Biedniejsi o ławkę
pod zielonym drzewem
którą zabrał mróz
Płonącymi oczami
mówimy sobie rzeczy
nieogarnięte słowem
Zanurzam się w mowie Twych oczu
jak trzmiel kosmaty
we wrzosie
Czuję jak pęcznieją wargi
a spragnione palce
rąk miłych szukają
Jak bezwolnieje ciało
i nie broni oczom Twoim
rozbierać sukien które dzielą
Tulisz mnie nagą
kasztanami żrenic
Nie zasłaniaj oczu
prosisz
Lecz oczy moje
rozpalone pieszczotą
są jak płomienie
Jeżeli ich nie zasłonię
podpalą
tych ludzi obojętnych
Wtedy zobaczą, że
jestem naga
i spojrzeniom
pierś
ustom Twoim podaję
jak jabłko