Bezdomni z niespełnioną pieszczotą
wśród obojętnych stolików i ludzi
Biedniejsi o ławkę
pod zielonym drzewem
którą zabrał mróz
Płonącymi oczami
mówimy sobie rzeczy
nieogarnięte słowem
Zanurzam się w mowie Twych oczu
jak trzmiel kosmaty
we wrzosie
Czuję jak pęcznieją wargi
a spragnione palce
rąk miłych szukają
Jak bezwolnieje ciało
i nie broni oczom Twoim
rozbierać sukien które dzielą
Tulisz mnie nagą
kasztanami żrenic
Nie zasłaniaj oczu
prosisz
Lecz oczy moje
rozpalone pieszczotą
są jak płomienie
Jeżeli ich nie zasłonię
podpalą
tych ludzi obojętnych
Wtedy zobaczą, że
jestem naga
i spojrzeniom
pierś
ustom Twoim podaję
jak jabłko
Szliśmy przez wrzosy
oplątane babim latem
Byliśmy bardzo młodzi
trzymaliśmy się za ręce
On mówił
że mnie kocha
Dnia jednego
kiedy przekwitał wrzos
zabił się
We śnie
często idę z nim przez wrzosy
Trzymamy się za ręce
babie lato oplątuje nam twarze
Wiesz mówię
miałam taki zły sen
śniło mi się
że nie żyjesz
Żółte wino
mieszka w nas
Po każdym kieliszku
stajemy się coraz lepsi
Po całej butelce
będziemy jak święci niebiescy
Głaszczesz moją rękę
Muzykanci wzlatują
do nieba
na złotych trąbach
i spadają na ziemię
z hukiem bębnów
Podłoga ugina się
jak obłok
Na ulicy
gwiazdy rzucają w nas
kasztanami
Niesiesz mnie
po schodach
prosto na księżyc