Najsmutniej pogodzić się
z szafą
uśmiechającą się
bezmyślnie
złotymi słojami
Czy można
uciec
przed dniem
Najtrudniej uwierzyć
w pierwszy krzyk
tramwaju
W twoich dłoniach
śpią jeszcze
godziny ciszy
Najciężej przekroczyć
wysoki próg
dziennych spojrzeń
uśmiechów
gestów
Twoje ucho
jest przytulne
jak dziupla wiewiórki
Najgorszy jest
lęk
czy można żyć
dniem
Z płonącą świecą
na odwróconej dłoni
płynęła
czarnym powietrzem sceny
jak kolorowa ćma
Unosiła się na palcach
co raz wyżej
wśród nie istniejących gałęzi
Może na liściu
albo na piórku ptaka
zawisł
ten zagubiony pierścień
Cieniutka nitka płomienia
oplatywała swoje biodra
Może w zielonych fałdach
sukni
ukrył się pierścień
Giętkie jej palce rozdzielały
niewidzialne pasemka trawy
skrzydełka śpiących świerszczy
Nisko nad ziemią rysowała
ostatnie koła blasku
zagubiona
wśród czarnych traw
jak jej zaręczynowy pierścień
Nieruchomiała
jak zmęczony ptak
Nawet kiedy wybuchły oklaski
trwała nieruchoma
z twarzą przytuloną
do niewidzialnych kaczeńców
nie do ujarzmienia
huczy
pod gorącym niebem
skóry
Jeszcze chwila
a rozsadzi
zaciśnięte źrenice
i wybuchnie
oszalałe morze pożaru
Jeszcze chwila
a rozerwie
niebieskie strumienie
nerwów
i zacznie się
potop ognia
Jeszcze chwila
a wtedy
zanurzasz się
we mnie
jak w płonącej rzece