Najsmutniej pogodzić się
z szafą
uśmiechającą się
bezmyślnie
złotymi słojami
Czy można
uciec
przed dniem
Najtrudniej uwierzyć
w pierwszy krzyk
tramwaju
W twoich dłoniach
śpią jeszcze
godziny ciszy
Najciężej przekroczyć
wysoki próg
dziennych spojrzeń
uśmiechów
gestów
Twoje ucho
jest przytulne
jak dziupla wiewiórki
Najgorszy jest
lęk
czy można żyć
dniem
Myślała
Na pewno zdążę uciec
Biegła ulicą Obfitości
w haftowanych sandałach
z pękiem kluczy
ze srebrną wazą
pękatą
jak jej brzuch
Tak ją zastała
gorąca ulewa
ubierając ją
szczelnie
na wiele wieków
w suknie
z kamiennego ognia
Żadna rzeźba
nie oddałaby
tak wiernie
męki
na jej twarzy
przerażenia rąk
zasłaniających brzuch
Siostra jej
z dzieckiem w łonie
w miescie Hiroszima
umarła
z szybkością cywilizacji
XX wieku
Po niej
nawet ślad
w powietrzu
nie pozostał
W mieście Warszawa
przeciwko bezmyślnemu wulkanowi
przeciwko ślepemu atomowi
niosę przed sobą
ciężki brzuch
nie do ujarzmienia
huczy
pod gorącym niebem
skóry
Jeszcze chwila
a rozsadzi
zaciśnięte źrenice
i wybuchnie
oszalałe morze pożaru
Jeszcze chwila
a rozerwie
niebieskie strumienie
nerwów
i zacznie się
potop ognia
Jeszcze chwila
a wtedy
zanurzasz się
we mnie
jak w płonącej rzece