Przychodził nocą
Zabierał jej włosy
śpiące w mroku
Zabierał
bursztynowy półksiężyc
brzucha
Zanurzał się w niej
jak chrząszcz
w płonącej nasturcji
Zamykał ją w dłoniach
ciasno szczelnie
Nie czuł
że się wymyka
Nie słyszał
jak odchodzi
Nie stukały obcasy
zielonych pantofli
Skazana na zielony piec
przez wszystkie tygodnie gorączki
mówiła
Ten piec jest martwy
napalcie w nim
Uśmiechali się
Nie pali się w piecu
latem
Zamykała oczy
lecz piec trwał
pod powiekami
Oczy jej stawały się
zimne i lśniące
jak kafle
Dnia jednego
znaleziono ją
pod zielonym piecem
przerzucającą
z ręki do ręki
rozpalone węgle