Myślała
Na pewno zdążę uciec

Biegła ulicą Obfitości
w haftowanych sandałach
z pękiem kluczy
ze srebrną wazą
pękatą
jak jej brzuch

Tak ją zastała
gorąca ulewa
ubierając ją
szczelnie
na wiele wieków
w suknie
z kamiennego ognia

Żadna rzeźba
nie oddałaby
tak wiernie
męki
na jej twarzy
przerażenia rąk
zasłaniających brzuch

Siostra jej
z dzieckiem w łonie
w miescie Hiroszima
umarła
z szybkością cywilizacji
XX wieku

Po niej
nawet ślad
w powietrzu
nie pozostał

W mieście Warszawa
przeciwko bezmyślnemu wulkanowi
przeciwko ślepemu atomowi
niosę przed sobą
ciężki brzuch


Kiedy wspomnę
pieszczotę twych rąk
nie jestem już dziewczyną
która spokojnie czesze włosy
ustawia gliniane garnki na sosnowej półce

Bezradna czuję
jak płomienie twoich palców
zapalają szyję ramiona

Staję tak czasem
w środku dnia
na białej ulicy
i zakrywam ręka usta

Nie mogę przecież krzyczeć