Zziębnięci
pod przydrożną kapliczką
w noc
kiedy fiołki z zimna dygocą
zawijali się szczelnie
ciepłem swoich ramion
Wiatr strącał im
na głowy gwiazdy
które osiadały
we włosach jak szron
Zazdrościli Matce Boskiej
patrzyła słuchała
wyszła z kapliczki
iść im ze sobą kazała
poszli prze rowy
kaczeńców żółtych pełne
przez płoty
z księżycowego drutu
nad zielony staw
Do stodoły
ciepłej i złotej
jak słoma
Marka Boska
sowę wrzeszczącą
z dachu zdjęła
Odeszła uśmiechnięta
ze zgorszoną sową
pod pachą
Szliśmy przez wrzosy
oplątane babim latem
Byliśmy bardzo młodzi
trzymaliśmy się za ręce
On mówił
że mnie kocha
Dnia jednego
kiedy przekwitał wrzos
zabił się
We śnie
często idę z nim przez wrzosy
Trzymamy się za ręce
babie lato oplątuje nam twarze
Wiesz mówię
miałam taki zły sen
śniło mi się
że nie żyjesz