Kiedy gaszę światło
miękka mysz samotności
łazi po kołdrze
Kiedy zapalam
słonecznik wybałusza
swoje nienormalne oko
Na ulicy
krzyk człowieka
Zawisam na nim
jak na nitce
dzikiego wina
Urywa się
spadam
Księżyc
wyciąga na ratunek
białe zimne ręce
Jeżeli nie przyjdziesz
wyciągnie mnie
za włosy przez okno
Nigdy nie dowiem się
czy widzisz
tak samo jak ja
żółty łubin
Czy tak jak ja
czujesz
jego aksamitny zapach
Nie przekonam się
czy tak samo
słyszysz
szelest skrzydeł sowy
Nie sprawdzę
czy odczuwasz
to samo co ja
głaszcząc
kosmatą owcę
Nigdy nie dowiem się tego
choćbym oglądała twoje palce
pod słońce
albo dotykała ich
wargami
Bezdomni z niespełnioną pieszczotą
wśród obojętnych stolików i ludzi
Biedniejsi o ławkę
pod zielonym drzewem
którą zabrał mróz
Płonącymi oczami
mówimy sobie rzeczy
nieogarnięte słowem
Zanurzam się w mowie Twych oczu
jak trzmiel kosmaty
we wrzosie
Czuję jak pęcznieją wargi
a spragnione palce
rąk miłych szukają
Jak bezwolnieje ciało
i nie broni oczom Twoim
rozbierać sukien które dzielą
Tulisz mnie nagą
kasztanami żrenic
Nie zasłaniaj oczu
prosisz
Lecz oczy moje
rozpalone pieszczotą
są jak płomienie
Jeżeli ich nie zasłonię
podpalą
tych ludzi obojętnych
Wtedy zobaczą, że
jestem naga
i spojrzeniom
pierś
ustom Twoim podaję
jak jabłko